środa, 23 września 2009

Boisko


To był dziwny rok. Mieliśmy wówczas nie więcej niż dziesięć lat i na kilka miesięcy futbol stał się dla nas - chłopców z Pragi - ważniejszy niż dla fanatyków z brazylijskiej Copa Cabany. Choć ten zachwyt nad piłką szybko minął i nadeszły nowe fascynacje – gry komputerowe - to tej wiosny oddawaliśmy się kopaniu piłki z obłąkańczą zawziętością.
W każdy piątek, gdy rozlegał się dzwonek kończący lekcje stawaliśmy na szkolnym boisku - ulica przeciwko ulicy, blok przeciwko blokowi, dom z domem i toczyliśmy piłkarskie batalie. Wychodziliśmy z nich zakrwawieni, z podbitymi oczami i porwanym ubraniem, bo rozstrzygnięcia pojedynków piłkarskich i tak w ostatecznym rozrachunku odbywały się przy pomocy pięści.
W tym czasie tylko jeden mecz nie został rozegrany do końca. Był to ostatni dzień kalendarzowej zimy i strasznie padało. Piłka była tak ciężka, że kopnięta z całej siły przesuwała się zaledwie o kilka metrów, a my kompletnie nasiąknięci wodą wypluwaliśmy płuca na boisku. Wtedy w szumie padającego deszczu ktoś zawołał:- Głuchy spadł!
Głuchy, stary niedosłyszący mężczyzna nie jeden raz zalazł nam za skórę donosząc dyrekcji szkoły o naszych małych przestępstwach popełnianych na osiedlowych ścianach i szybach.
Przybiegliśmy na miejsce w kilka minut po wypadku z zamiarem odpowiedniego pożegnania naszego prześladowcy. Jednak, gdy zobaczyliśmy leżące na chodniku bezwładne poskręcane ciało, nasza chłopięca nienawiść nagle wygasła. Nikt z niego nie żartował. Nawet niezbyt rozgarnięty Robert D., który ostatecznie skończył jako robol pracujący w przerwach pomiędzy kolejnymi odsiadkami, nie potrafił wykrztusić z siebie słowa. Ta pierwsza „śmierć”, którą wtedy ujrzeliśmy wśród obskurnych bloków wydała nam się czymś świętym, nietykalnym, ale nieuchronnym. To było ponad dwadzieścia lat temu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz