wtorek, 22 września 2009

Anglik



W dawnym Horteksie, tuż przy poczcie na Targowej, sprzedawali kiedyś wspaniałe bloki lodowe zawinięte w srebrzystą folię i tłuste, czekoladowe rożki na wagę. Wyjadało się z nich gęstą masę, miziając w niej palce. Była to przyjemność czysto fizyczna. Zresztą ciągle sprzedają te rożki, ale nie są już ani tak dobre, ani tak świeże jak kiedyś. Spotkałem tam parę zwiedzających. Ona była Polką, a on wyglądał na turystę, Brytyjczyka. Poznałem go po krzywych zębach a'la Hugh Grant i niezrozumiałym dla prażan języku.

- To najbardziej niebezpieczna
area w tym mieście - powiedziała cichym szeptem.
- Co przez to rozumiesz? - rzucił równie cicho.
- Wiesz, kradzieże, pospolite przestępstwa. Można oberwać, jak się wejdzie zbyt głęboko w jakąś bramę. Statystyki mówią, że tu popełnia się najwięcej w Warszawie morderstw i gwałtów - wyliczała.
Chłopak trochę się zaniepokoił i natychmiast poprawił swoją saszetkę, która znalazła się teraz na jego brzuchu. Domyśliłem się, że ma tam paszport, pieniądze, a może nawet mały aparat fotograficzny. Starannie omijali bramy. Czasem dochodzili do połowy przejścia, zerkali na figurkę Matki Boskiej, która migotała w oddali i natychmiast wracali w główny nurt ludzi idących Targową. A przecież dopiero tam, w tych wilgotnych bramach unosi całe mętne życie Pragi.
Wystarczy wejść, a nie zostawi cię obojętnym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz