sobota, 19 września 2009

Kiedy los wyciąga rękę


To było dwa i pół roku temu, w lipcu. Elżbieta Konopska doskonale pamięta ten dzień, bo czuła się źle. Tak źle, jak nigdy wcześniej. Ogarnęła ją jakaś szczególna niemoc. Rano bez sił zwlekła się z łóżka, aby zrobić siedmioletniemu Adasiowi śniadanie. Potem wcisnęła mu do ust apap, bo wydawało jej się, że gorączkuje i wygoniła na podwórko. Lepiej żeby ganiał za piłką niż ciągle siedział w rozgrzebanej pościeli i oglądał kreskówki. Z rozpędu chciała jeszcze odkurzyć dywan. Próbowała trzy razy. Szorowała kawałek materiału i odpoczywała. Potem znów kawałek i znów przysiadała na podłodze. W końcu zwinęła go ze złością i postawiła w rogu pokoju. Zamiotła wykładzinę podłogową i poszła do lekarza. Badania na początku nic nie wykazały. Morfologia, OB były doskonałe. Kazali jej zrobić cytologię i czekać na wyniki, a Konopska czuła, że dnia na dzień słabnie. Po tygodniu jakby nigdy nic zadzwonili, że ma nowotwór. Załamała się. Dzieciak ma siedem lat, a ja mam raka. Może lepiej coś połknąć żeby nie cierpieć - myślała. Kilka miesięcy w oczekiwaniu na operację przeżyła jak we śnie. A kiedy ze szpitala wróciła do łóżka, to nie miała ani siły, ani chęci do życia. Oprócz jajników usunęli jej 13 węzłów chłonnych. Ciągle pojawiał się kaszel, gorączka, złe samopoczucie.

Życie jak to na warszawskiej Pradze, bieda, brudne bramy, alkohol. Konopska chodziła do sióstr Albertynek po darmowe posiłki i ubrania. Któregoś dnia jedna z sióstr powiedziała, że przyjdzie do niej pewna pani i oceni jaką ma sytuację i może weźmie ją pod opiekę. - Wreszcie przyszła jakaś dama pięknie ubrana w kapeluszu i koronkowej sukni - wspomina Konopacka. Pytała o dzieci, zarobki, a potem kazała to wszystko spisać. Kto ile ma wzrostu, jaki nosi rozmiar butów i co mi potrzebne. I pani sobie poszła.

Następnego dnia obudziło ją pukanie do drzwi. Otwiera a tu jacyś ludzie wnoszą jej lodówkę, kolorowy telewizor. - To był mój pierwszy kolorowy telewizor - mówi Konopska. Ktoś wpłacił pieniądze na czynsz i dostarczył paczki żywnością i odzieżą. W ciągu trzech miesięcy, to tak się człowiek odbił, że czuliśmy jakbyśmy w totolotka wygrali. Dzieci chodziły do szkoły w nowych ubraniach. Miały do szkoły kanapki z wędliną - mówi z łzami w oczach Konopska. Tą kobieta była Jadwiga Sobol. Staruszka, która w wieku 80 -lat przeżyła "objawienie" i założyła organizację charytatywną niosącą pomoc innym ludziom.

Jadwiga Sobol pojawiała się w życiu Elżbiety Konopska zawsze kiedy jej potrzebowała. Tak było i wówczas, gdy Konopska chorowała. Leżała w łóżku po operacji, gdy zadzwonił telefon. - Pani Jadwigo chyba coś sobie zrobię, bo już nie wytrzymam - użalała się. - Państwo wychowa mojego synka, albo starszy syn - zaczęła narzekać. Sobol tylko się zdenerwowała: "Żaden syn nie będzie ci syna chował, ani tym bardziej państwo. Zaraz przyjeżdżam".

Kiedy przyjechała usiadły razem na łóżku i zaczęły rozmawiać. - Nawet nie myśl o umieraniu - mówi do niej Sobol. - Zacznij wreszcie coś dawać z siebie. Wstań ubierz się wyjdź - tłumaczyła staruszka. - Zobacz ilu tu ludzi potrzebuje twojej pomocy. Ilu jeździ na wózkach nie ma nóg, rak. Ilu z nich jest w gorszym stanie od ciebie.


Minął tydzień i Elżbieta Konopska wstała. Poszła na miasto. Najpierw do ośrodka gdzie spotykają się niepełnosprawni. Potem na Jagiellońską, gdzie spotykają się alkoholicy.

- Powiedziałam dzięki ci Boże za to co mam. I zaczęłam bezinteresownie pomagać. Bez żadnego interesu tak od siebie, od serca. Na początku mi nie ufali, bo to stara Praga. Myśleli że chcę jakieś pieniadze za sprzątanie, a ja że nie. Chcę im tylko okna umyć, zakupy zrobić, jedzenie od sióstr przynieść, posprzątać. Co z tego mam? Proszę zobaczyć minęło już tyle czasu, a ja wciąż jestem zdrowa - mówi Konopska. - Nie ma przerzutów. Ale najpiękniejsze jest to, że oni na mnie czekają. Jestem im potrzebna

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz